Szkoła, straż, kuźnica i ludzie. O czym opowiedziano podczas IV Sesji Naukowej w Jastrzębiu
Nauczyciel, który ze skromnej pensji musiał jeszcze opłacić kantora. Strażacy zaczynający służbę z ręczną sikawką, drewnianą beczką i dziesięcioma bosakami. Mieszkańcy Kuźni, którzy po wojnie odbudowywali gospodarstwa, kupując wszystko „od powroza aż do konia”. Wreszcie polonista, którego przygotowane przed laty pomoce do nauki nadal przechowują wychowankowie. Podczas IV Sesji Naukowej „Z dziejów ziemi jastrzębskiej” historia regionu nabrała bardzo konkretnych kształtów.
Spotkanie odbyło się 11 września 2026 roku w Publicznej Szkole Podstawowej im. Tadeusza Kościuszki w Jastrzębiu. W programie znalazły się trzy wykłady oraz wystąpienie z cyklu „Żyją w naszej pamięci”. Ich autorzy sięgali do ksiąg uniwersyteckich i kościelnych, dokumentów urzędowych, strażackich kronik, dawnych map, rodzinnych zbiorów i wspomnień.
Cykl sesji wyrósł z obchodów sześćsetlecia Jastrzębia. Kolejne spotkania przyniosły opracowania dotyczące miejscowości gminy, losów jej mieszkańców i związków regionu z szerszą historią Polski. Organizatorami tegorocznej sesji byli burmistrz Jastrzębia Andrzej Bracha oraz Stowarzyszenie „Rozwój i Innowacje Gminy Jastrząb”. Część naukową moderował Kamil Walkiewicz. Przypomniano również rolę ks. dr. Alberta Warso jako pomysłodawcy spotkań i redaktora towarzyszącej im serii wydawniczej.
Kto należał do inteligencji, zanim pojawiła się inteligencja?
Prof. dr hab. Zdzisław Pietrzyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego rozpoczął wykład „Inteligencja XVI–XVII-wieczna na ziemi jastrzębskiej” od uporządkowania samego pojęcia. W historii inteligencję jako odrębną warstwę społeczną wiąże się przede wszystkim z XIX stuleciem. Ludzie utrzymujący się dzięki wykształceniu i pracy umysłowej żyli jednak znacznie wcześniej.
Profesor zaproponował więc spojrzenie na staropolską inteligencję jako na grupę zawodową. Należeli do niej duchowni, nauczyciele, pisarze miejscy i sądowi, a także inni ludzie, których utrzymanie zależało od wiedzy oraz umiejętności czytania i pisania. Samo sprawowanie urzędu nie wystarczało jeszcze do takiej kwalifikacji. Zamożny mieszczanin mógł być piśmienny i pełnić funkcję burmistrza, ale dochody czerpać głównie z handlu lub posiadanego majątku.
W niewielkim Jastrzębiu środowisko ludzi wykształconych skupiało się przede wszystkim wokół kościoła i urzędu miejskiego. Odtworzenie jego składu wymaga cierpliwości. Źródła bywają lakoniczne: informują o istnieniu nauczyciela, lecz nie podają jego nazwiska; odnotowują budynek szkolny, ale milczą o tym, czy odbywała się w nim nauka.
Pierwszy znany przekaz dotyczący szkoły w Jastrzębiu pochodzi z 1529 roku. Według danych przytoczonych przez profesora miejscowy nauczyciel otrzymywał 72 grosze uposażenia, podczas gdy w pobliskim Szydłowcu było to 288 groszy. Różnica była czterokrotna. Zestawienie skłoniło prelegenta do krótkiej uwagi skierowanej ku współczesności:
„Panie burmistrzu, proszę pamiętać o nauczycielach”.
Jeszcze więcej o warunkach pracy mówiła informacja z wizytacji z 1597 roku. Przywołany opis zaczynał się od słów: „Szkoła licho zbudowana”. Kierownik pobierał cztery złote pensji i korzystał z części dochodów kościelnych, a ze swojego uposażenia utrzymywał kantora. Nauczanie obejmowało bowiem również śpiew potrzebny podczas liturgii.
Z kilku linijek dokumentu można zatem wydobyć obraz niewielkiego środowiska: proboszcza, wikariusza, nauczyciela i kantora. Każdy wykonywał inne zadania, ale wszystkich łączyła praca wymagająca określonych umiejętności. Szkoła parafialna uczyła czytania, pisania, podstaw rachunków i śpiewu. Dla zdolniejszych uczniów mogła być początkiem drogi do dalszej edukacji albo zatrudnienia w miejskiej kancelarii.
Istotną rolę odgrywali pisarze miejscy. Sporządzenie testamentu czy wpisu do księgi wymagało więcej niż sprawnego posługiwania się piórem. Trzeba było znać obowiązujące formy prawne i miejscowy zwyczaj. Dokumenty, które dziś pozwalają badać życie dawnych mieszkańców, były wówczas narzędziami porządkowania własności, zobowiązań i rodzinnych spraw.
Osobny problem stanowi identyfikacja ludzi. Profesor pokazywał, jak zestawia się zapisy z metryk uniwersyteckich z księgami święceń. Jedną z przywołanych postaci był Jan Różyc, syn Jakuba, wpisany w 1601 roku do metryki wydziału sztuk wyzwolonych Uniwersytetu Krakowskiego. Jego późniejsze losy wiązały się ze służbą kościelną w Szydłowcu.
Nazwiska nie miały jeszcze ustalonej pisowni, a podobnie brzmiące nazwy miejscowości potrafią zwieść badacza. Jastrząb, Jastrząbka i Jastrzębia mogły oznaczać różne parafie. Nie każdego człowieka zapisanego jako „Jastrzębski” można więc bez dodatkowych dowodów uznać za mieszkańca tej konkretnej ziemi.
Wykład przyniósł obraz małego środowiska ludzi wykształconych, którego możliwości zależały od zamożności miejscowości, jej położenia i warunków własnościowych. Zamiast dopisywać Jastrzębiowi nieudokumentowane kariery, profesor pokazał tych, których obecność da się odtworzyć: nauczycieli, duchownych i kancelistów wykonujących potrzebną, codzienną pracę.
Sto lat straży: cztery podpisy i cena niesienia pomocy
Ks. prał. dr Albert Warso w wykładzie „Sto lat służby «Bogu na chwałę, ludziom na ratunek». Dzieje Ochotniczej Straży Pożarnej w Jastrzębiu” połączył historię instytucji z losami tworzących ją ludzi.
Punktem wyjścia była rzeczywistość miejscowości o drewnianej zabudowie, wielokrotnie doświadczanej przez pożary. Powstanie straży odpowiadało na podstawową potrzebę mieszkańców: możliwość szybkiego zorganizowania pomocy, gdy ogień zagrażał domom, gospodarstwom i życiu.
Prelegent wyjaśnił, na jakich materiałach oparł badania. Ważnym źródłem pozostaje strażacka „Złota Księga”, ale powstała ona w 1961 roku, a więc trzydzieści pięć lat po założeniu jednostki. Pierwsze dziesięciolecia opisuje z perspektywy późniejszych wspomnień. Jej zapisy trzeba zatem zestawiać z dokumentami archiwalnymi. Ks. Warso korzystał m.in. z materiałów przechowywanych w archiwach państwowych w Kielcach i Radomiu, zasobów IPN, archiwum parafialnego oraz kolekcji rodzinnych.
Jednym z rezultatów tej pracy jest doprecyzowanie początków OSP. Tradycyjnie na pierwszy plan wysuwano Wincentego Adamskiego i udział inspektora PZU z Radomia. Dokumenty wskazują jednak czterech założycieli: Wincentego Adamskiego, ks. Wincentego Michalskiego, Jana Szpaderskiego i Stefana Witkowskiego. Ich podpisy znalazły się pod pismem do starosty oraz pierwszym statutem.
Zebranie organizacyjne odbyło się 10 marca 1926 roku z udziałem 27 mieszkańców Jastrzębia i Gąsaw Plebańskich. Już 23 marca przeprowadzono pierwsze ćwiczenia. Kronikarz określił je jako „jeszcze niezgrabne, chaotyczne, lecz cierpliwie i wytrwale wykonywane”.
Początkujący druhowie szybko zaczęli sprawdzać swoje umiejętności na zawodach. W Wierzbicy zajęli czwarte miejsce, co brzmiałoby całkiem dobrze, gdyby nie fakt, że wystąpiły cztery drużyny. Jeszcze w tym samym roku w Radomiu byli jednak dwunaści na trzydzieści dwa zespoły, a trzy lata później zajęli pierwsze miejsce w zawodach powiatowych.
Ciekawy szczegół zachował statut: organizację nazwano Towarzystwem Ochotniczej Straży Pożarnej „w miasteczku Jastrząb”. Choć miejscowość od dziesięcioleci nie miała już praw miejskich, określenie nadal funkcjonowało w oficjalnym dokumencie.
Najbardziej przejmująca część wykładu dotyczyła wojny i ofiar służby. Jan Szpaderski, pierwszy naczelnik jednostki, został wywieziony do Auschwitz i tam zginął. Wojny nie przeżył również Stefan Witkowski. Ks. Warso odczytał list Marii Szpaderskiej, która w 1961 roku, nie mogąc przyjechać na obchody trzydziestopięciolecia straży, wspominała pracę męża:
„Niechaj więc nadal pamięć o pierwszym komendancie OSP będzie łącznikiem między dawnymi a obecnymi strażakami, obywatelami Jastrzębia”.
Szczególne miejsce zajęła tragedia z 7 października 1959 roku. Podczas pożaru gospodarstwa Maksymiliana Warso strażacy i pomagający im mieszkańcy weszli do płonącego budynku, by wyprowadzić zwierzęta. Zawalenie stropu odcięło drogę odwrotu. Kilka osób doznało ciężkich poparzeń, których skutki pozostały na całe życie.
Przytoczona relacja jednego z poszkodowanych pokazywała przebieg wydarzeń z perspektywy człowieka uwięzionego w ogniu. Prelegent poświęcił tej akcji dużo uwagi celowo. Za jubileuszowymi odznaczeniami stoją bowiem konkretne doświadczenia, a służba oznacza — jak powiedział — „zagrożenie życia” i „bardzo poważną, codzienną, cierpliwą służbę”.
Historia wyposażenia jednostki pozwalała zrozumieć, w jakich warunkach niesiono pomoc. Na początku strażacy dysponowali ręczną sikawką, drewnianą beczką, jednym odcinkiem węża i dziesięcioma bosakami. Sprzęt przechowywali w szopie. Pierwszą remizę wybudowano w 1932 roku.
W kolejnych dekadach kłopoty lokalowe powracały. W budynku działał sklep, a motopompę przechowywano przez pewien czas w przedsionku mieszkania prezesa. W przywołanym artykule prasowym z 1960 roku pokazano ją owiniętą mundurem Henryka Wanko, chroniącym urządzenie przed zimnem. Ten drobny obraz mówi o ówczesnych warunkach więcej niż ogólne stwierdzenie o brakach sprzętowych.
Pierwszy samochód, nazywany „Zośką”, jednostka otrzymała 16 grudnia 1962 roku. W 1971 roku dołączył Star 25. Rozbudowa remizy w latach siedemdziesiątych otworzyła kolejny etap działalności.
Strażnica służyła również mieszkańcom jako miejsce spotkań. Można było czytać prasę, oglądać telewizję i korzystać z gier. Druhowie angażowali się w sprawy zalewu, pracowali z młodzieżą, pomagali przy kościele i uczestniczyli w uroczystościach. Według przytoczonego przez ks. Warso zestawienia, obejmującego okres od 2010 roku, jednostka odnotowała 841 wyjazdów. Za tą liczbą kryją się setki przerwanych zajęć, wyjść z domu i powrotów po wykonaniu zadania.
Kuźnia: od zakładu żelaznego do gospodarstw i szkolnych ławek
Dawid Lipiec, pochodzący z Kolonii Kuźni historyk, student Uniwersytetu Wrocławskiego i nauczyciel, występował w szkole, której sam był uczniem. Jego wykład „Od kuźnicy do wsi. Dzieje Kuźni w świetle źródeł od XV do XX wieku” obejmował dzieje Kuźni i Kolonii Kuźni.
„Historia niewielkiej miejscowości bardzo często nie jest zapisana w jednej kronice ani w jednym dokumencie” — zaznaczył na początku.
W jego opracowaniu spotkały się materiały archeologiczne, dawne opisy dóbr, mapy, spisy mieszkańców i biografie. Najstarsze ślady obecności człowieka na tym terenie sięgają schyłkowego paleolitu. Prelegent podkreślił jednak, że znaleziska z różnych epok nie dowodzą nieprzerwanej ciągłości osadnictwa. Obecność ludzi przed tysiącami lat i powstanie późniejszej miejscowości to dwa różne zagadnienia.
Dla uchwycenia początków Kuźni zasadnicze znaczenie ma przekaz Jana Długosza w „Liber beneficiorum”. Pojawia się w nim Kuźnica Lipieniecka, zakład związany z przetwórstwem żelaza. Jej powstanie prelegent umieścił w okresie sprawowania urzędu biskupa krakowskiego przez Zbigniewa Oleśnickiego, między 1423 a 1455 rokiem. W źródle występuje mistrz Janisz, a obok zakładu staw i młyn.
Początki miejscowości miały więc charakter gospodarczy, związany z obróbką żelaza. Lipiec omówił też późniejszą wzmiankę o młynie przy Lipienicach, którą wiąże z dzisiejszą Kuźnią. Wyraźnie zaznaczył, że jest to jego hipoteza badawcza.
Na mapie Karola de Perthéesa z 1791 roku występuje już wieś Kuźnia. Dokumentuje to kolejny etap rozwoju osady, choć dostępne materiały nie pozwalają dokładnie wskazać momentu przejścia od kuźnicy do wsi.
Znacznie więcej wiadomo o XIX stuleciu. Z dokumentów dotyczących lat 1817–1820 wyłania się miejscowość z dziesięcioma gospodarzami, zobowiązanymi do odrabiania trzech dni pańszczyzny tygodniowo. W 1827 roku odnotowano czternaście domów i 93 mieszkańców.
Akta gospodarcze pozwalają zajrzeć w rytm codziennej pracy. Zimą obowiązki obejmowały m.in. młócenie zboża i zwożenie drewna, w pozostałych miesiącach prace polowe. Dokumenty regulowały również sposób wykonywania powinności: dzierżawca nie mógł dowolnie odkładać należnej pracy i kumulować jej w późniejszym terminie, a w określonych sytuacjach przewidywano zwolnienia lub wykup niewykonanych dni.
Interesujący był opis granic wsi. Przy przekazywaniu urzędu obchodzono je w terenie, zapisując przebieg miedz, położenie pól, dróg i rzeki. Dla dzisiejszego czytelnika to możliwość prześledzenia dawnego krajobrazu krok po kroku. Dla ówczesnych mieszkańców — sprawa dostępu do ziemi i zabezpieczenia swoich praw.
Najdobitniej o doświadczeniu pierwszej wojny światowej mówił odczytany list mieszkańców. Opisywali pobyt wojsk, rekwizycje, zniszczone zabudowania i pola pocięte okopami. Po zakończeniu wojny odbudowę rozpoczynali od podstaw:
„Zadłużyliśmy się, bo trzeba było wszystko kupić. Od powroza aż do konia, krowy, woza i narzędzia rolniczego”.
Ten dokument pozwala spojrzeć na wojnę od strony gospodarstwa: utraconych zwierząt, narzędzi, oszczędności i długów zaciąganych na ponowne rozpoczęcie pracy.
Spis z 1921 roku rozróżniał już wieś i kolonię. W Kuźni wykazano 26 domów i 160 mieszkańców, w kolonii — 27 domów i 156 osób. W rozporządzeniu z 1933 roku obie miejscowości zostały wymienione jako części gromady Kuźnia.
W dwudziestoleciu międzywojennym ważną sprawą była parcelacja majątku. Dokumenty ujawniają długotrwałe procedury, podziały i odwołania od wyceny gruntów. Aż 45 nabywców zakwestionowało ustaloną wartość ziemi, wskazując na jej słabą jakość. Możliwość kupna własnego pola wiązała się z pytaniem, czy gospodarstwo pozwoli spłacić należność i utrzymać rodzinę.
Z parcelacją łączyły się także początki miejscowej szkoły, datowane przez prelegenta na lata 1921–1922. Na jej potrzeby przeznaczono siedem mórg: pod budynek, ogród rolniczy dla uczniów oraz uposażenie nauczycieli. W roku szkolnym 1932/1933 uczęszczało do niej 76 dzieci. Nauka odbywała się od poniedziałku do soboty; obok polskiego, historii i rachunków uczono robót ręcznych, śpiewu oraz ćwiczeń cielesnych. Budynek spłonął w 1937 roku.
Z placówką związany był Józef Sobuta, nauczyciel pracujący w Kuźni od 1922 roku. Lipiec przedstawił jego działalność oświatową i społeczną, wojenne aresztowanie, pobyt w obozach oraz powrót do pracy po wyzwoleniu. Kolejną przywołaną postacią był bł. ks. Bolesław Strzelecki, którego rodzina osiadła w Kuźni w 1908 roku. Obu łączyło także pokrewieństwo przez małżeństwo: Julia, siostra duchownego, została żoną Sobuty.
Dalsza część wykładu obejmowała powojenną odbudowę, walkę z analfabetyzmem i zmiany administracyjne. Lipiec zamknął opowieść na 1961 roku, kiedy Kuźnia znalazła się w gromadzie Jastrząb. Późniejsze dzieje pozostawił jako temat wymagający osobnego opracowania.
Kazimierz Sławiński. Nauczyciel, po którym zostały także „ściągi”
Wanda Grabowska ze Stowarzyszenia „Pogodni Seniorzy Gminy Jastrząb” przypomniała Kazimierza Sławińskiego w ramach cyklu „Żyją w naszej pamięci”. Wystąpienie miało osobisty charakter: opierało się na jego zapiskach, twórczości i relacjach ludzi, którzy znali go jako nauczyciela, kolegę oraz sąsiada.
Urodzony w 1943 roku Sławiński nie od razu związał się z polonistyką. Ukończył technikum samochodowe, pracował w PKS, a następnie rozpoczął kształcenie nauczycielskie. Od 1965 roku uczył w Wierzbicy. W 1979 roku powrócił do Jastrzębia, gdzie pracował w szkole podstawowej, później w gimnazjum. Pełnił również funkcje w administracji oświatowej i przez trzy kadencje był radnym.
O swoim podejściu do uczniów pisał:
„Staram się być przyjacielem, doradcą, przewodnikiem na dobre i złe”.
Z przytoczonych wspomnień wynikało, że serdeczność łączył z wymaganiami. Przygotowywał przedstawienia, prowadził koła zainteresowań, uczył występowania przed publicznością i samodzielnego myślenia. Wkrótce po jego powrocie do Jastrzębia, we wrześniu 1979 roku, ruszyło kółko polonistyczne. Na pierwsze spotkanie przyszło czterdzieścioro uczniów.
Teatr szkolny traktował jako sposób poszerzania dostępu do kultury. Wiedział, że uczniowie z mniejszych miejscowości nie zawsze mogą oglądać profesjonalne spektakle, dlatego chciał, by sami uczestniczyli w ich tworzeniu. Przygotowywał z nimi widowiska, montaże poetyckie, jasełka i misteria.
Najbardziej charakterystycznym szczegółem okazały się jednak jego „ściągi”. Nazwa była przewrotna: chodziło o starannie opracowane pomoce do nauki, porządkujące materiał. Sławiński sam je rozrysowywał, fotografował i powielał w postaci odbitek.
„Odpowiednio przygotowana merytorycznie ściąga już jest połową sukcesu. Drugą połową jest obcowanie z nią na co dzień” — przekonywał.
Po zakończeniu wystąpienia jedna z uczestniczek przypomniała, że był jej wychowawcą, i dodała: „Jeszcze mam ściągi”. W tym krótkim dopowiedzeniu zmieściło się świadectwo trwałości jego pracy.
Fotografia służyła mu również do dokumentowania miejscowości. Prowadził koła fotograficzne w Wierzbicy i Jastrzębiu, utrwalał wydarzenia, ludzi i krajobraz. Według jego własnego zapisu liczba wykonanych naświetleń przekroczyła dziesięć tysięcy. Pisał kroniki, zbierał materiały i opracował dzieje swojej rodziny.
Zainteresowanie Jastrzębiem towarzyszyło mu także w okresie zamieszkania poza rodzinną miejscowością. Tęsknota skłaniała go do odtwarzania jej przeszłości. W swoich zapiskach mówił o długu moralnym wobec Jastrzębia, spłacanym pracą społeczną, kronikarstwem i dokumentacją fotograficzną.
Wanda Grabowska przywołała również jego poezję. Sławiński pisał o rodzinnych stronach, przyrodzie, wierze i sprawach społecznych, ale też o cierpieniu oraz śmierci bliskich. Wiersze i fotografie tworzyły osobisty zapis świata, który znał.
„Przeszłość nie umiera, póki są po niej ślady” — takimi słowami opatrzył jeden ze swoich zbiorów.
Zmarł w 2015 roku. Zostały kroniki, zdjęcia, utwory i wspomnienia wychowanków. W relacji Wandy Grabowskiej można było zobaczyć człowieka, którego pasje wzajemnie się uzupełniały: fotograf pomagał nauczycielowi przygotować materiały, polonista pisał scenariusze, a regionalista zapisywał to, co dla innych pozostawało zwyczajnym dniem.
Historia, którą można zabrać do domu
Po części naukowej wystąpiło KGW Kolonia Kuźnia. Muzyka i stroje ludowe dopełniły spotkanie poświęcone dziejom miejscowości, z którą zespół jest związany.
Sesji towarzyszyła prezentacja tomu zawierającego materiały z ubiegłorocznych obrad. Dostępne były również wcześniejsze publikacje oraz wydawnictwa przygotowane przy udziale młodzieży z Jastrzębskich Dróg Wiary. Kolejne spotkania pozostawiają więc po sobie opracowania, do których można wrócić już po zakończeniu wykładów.
Tegoroczna sesja pokazała przy tym, ile pracy pozostaje do wykonania. Nie wszystkie osoby z dawnych ksiąg można pewnie zidentyfikować. Część dziejów Kuźni wymaga dalszych badań. Rodzinne fotografie, listy i zapiski nadal mogą uzupełnić historię straży, szkoły czy sąsiedztwa.
Wśród materiałów omawianych przez prelegentów szczególną wartość miały właśnie te pozornie nieefektowne: wykaz nauczycielskich dochodów, podpisy pod statutem, opis granic, skarga na cenę gruntu, szkolna pomoc zachowana przez uczennicę. To dzięki nim wiadomo, jak żyli mieszkańcy ziemi jastrzębskiej, z czym się mierzyli i co po sobie pozostawili.